niedziela, 8 października 2017

Netflix | Death Note - śmiejemy się z tobą, Ryuk!

Znalezione obrazy dla zapytania Netflix Death Note poster
Jeśli chodzi o nowego Death Note'a w wydaniu netflixowym to mogę chyba stwierdzić, że zaliczam się do grona nielicznych, którzy do końca wierzyli, że to nie będzie aż tak zły film. Bycie dobrej myśli ostatecznie jednak nie pomogło, bo przez kilkukrotne przepisywanie scenariusza ten Notatnik śmierci jest filmem słabym. Właściwie trudno mi nazwać ten twór filmem przez jego konstrukcję, przy czym składa się on z tylu durnych scen, że każdą można by w jakiejś długiej recenzji wypisać i przeanalizować - jak dobrze, że tutaj nikt nie pisze długich i wnikliwych recenzji, kto chciałby to czytać? 

Zacznijmy od początku, czyli od przedstawienia samej historii: jeśli znacie pierwowzór to właściwie warto wiedzieć tyle, że mamy tu do czynienia z oryginalną historią przeniesioną i dostosowaną do amerykańskich realiów, toteż główny bohater to Light Turner - młody geniusz, który swój talent wykorzystuje do zarabiania na odrabianiu za innych prac domowych. Znajduje on pewnego dnia notatnik, za pomocą którego, po spełnieniu określonych kryteriów, można ukrócić życie dowolnej jednostki. Tutaj, jak przystało na amerykański film o liceum, oczywiście mamy scenkę z typowym szkolnym gnębicielem, który nokautuje Turnera, który to trafia do dyrektora, bo z torby przypadkowo wypadły mu wszystkie nielegalnie rozwiązywane zadania, przy czym zarządca placówki ani myśli nawet zająć się sprawą pobicia i karze tylko Lighta (szkoła taka nie fair, no nie). W tym czasie poznajemy rzecz jasna love interest naszego bohatera (uwierzcie mi, jeśli kiedykolwiek lubiliście Misę - chociaż w tym przypadku to raczej Mia - to oglądając ten film będziecie mieli jej tylko dość), jego ojca i objawia się również Ryuk - bóg śmierci, który to z nudów postanowił porzucić notatnik. To już ten moment, gdzie Light postanawia wypróbować swoją nową zabawkę i zaczyna się spirala głupoty, wohoo!

Okay, pomówmy może o motywacji głównego bohatera; Light w tym wydaniu to owszem, mądry chłopak (chociaż wielokrotnie każe mi się nad tym poważnie zastanawiać, ale bez obaw, jest tylko niezbyt rozgarnięty i dość łatwowierny), choć brakuje mu czegoś co rzeczywiście będzie go pchało ku sprawieniu, że świat stanie się lepszy. Już na samym początku dowiadujemy się, że jego matka nie żyje i że nawet znajdzie się szuja spod ciemnej gwiazdy, którą można za to winić. Młody Turner jest absolutnie przekonany, że niesprawiedliwie mordercy zdołało się upiec i nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje czyny - motyw dość oklepany, no ale uznajmy, że to kupujemy. Problem polega na tym, że Light nie posiada czegoś takiego jak "zdecydowanie" i tak naprawdę szybko okazuje się, że to nie on jest tutaj czarnym charakterem. Przez cały film wydaje się niepewny tego co robi, nie ma za grosz charyzmy, jest raczej nieciekawy i przeciętny.

Podobny obraz

Teraz przyszedł czas na gwiazdkę tego filmu, osobę, której wszyscy nie lubimy i zastanawiamy się czemu dostała tak dużo czasu ekranowego - Mia Sutton. W oryginale Misa Amane, młoda idolka, tutaj szkolna cheerleaderka z niezdrową fascynacją śmiercią. Jak zostaje w to wszystko zamieszana? A, Light postanawia jej pokazać, że może zabijać ludzi za pomocą notatnika. Tak, Light postanawia komukolwiek jawnie zaimponować chwaląc się, że może zabijać ludzi - co najlepsze, jego love interest jest zafascynowana śmiercią na tyle, że momentami bywa zupełnie bezwzględna pomagając Lightowi w wyborze ofiar. Jest bardziej szalona w tym co robi bardziej niż główny bohater, z powodzeniem mogłaby zostać Kirą, gdyby miała jakiekolwiek motywacje w tym co robi, prócz tego, że jest zakochana, bycie cheerleaderką najwyraźniej jest dość nudne i... w zasadzie nie ma innych powodów. Wiecie jednak czemu ta postać jest tak irytująca i lepiej byłoby, gdyby została usunięta częściowo ze scenariusza? Ponieważ przez nią wątek romansu wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan i wydaje się o wiele ważniejszy niż ten cały pojedynek wielkich umysłów, zabawa w boga, rozważania o tym, czym jest sprawiedliwość, psychologiczne aspekty postaci, w skrócie; wszystko, co było ciekawsze niż relacja Misy i Lighta.

Pewnie osoby, które wcześniej miały do czynienia z Notatnikiem śmierci najbardziej interesuje jak sprawy mają się z L'em. Oczywiście o ile ktokolwiek interesował się filmem przed jego wypuszczeniem to zapewne wie, że wybór czarnoskórego aktora wzbudził drobne kontrowersje, bo przecież jak to czarnoskóry aktor, toż to poprawność polityczna, eh te Hollywood... Przy czym, osobiście, ja problemów z kolorem skóry aktorów nie mam nigdy i obeszła mnie ta informacja zupełnie. Szczególnie jeśli brać pod uwagę, że cała obsada powinna się składać z Azjatów, by zachować zgodność z oryginałem. No ale to w końcu amerykańska wersja. W każdym razie L grany przez Lakeitha Stanfielda jest specyficzny, całkiem intrygujący, ale przy tym ta postać została mocna spłaszczona, nie mówiąc rzecz jasna o tym, że to nie będzie L z pierwowzoru (choć bliżej mu do tego niż Lightowi). Nasz wspaniały detektyw prowadzany jest dość niekonsekwentnie: niby mamy powiedziane, że został największym detektywem, ponieważ przeszedł specjalny trening i jest niezwykle opanowany, po czym w filmie jest scena, gdzie wychodzi na ulicę ze święcącym (nieco futurystycznym) pistoletem, by zabić Lighta. Świetna robota filmie, prawie ci uwierzyliśmy, że chociaż będziesz konsekwentny. Prócz pewnej niekonsekwencji L jest również niesamowicie nijaki - większość scen z jego udziałem to rzucanie faktami i wnioskami, które przyszły mu do głowy, bo ma rangę najlepszego detektywa, a twórcy muszą jakoś pokazać jego intelekt. Autorzy chcą również ukazać jego dziwność, więc każą mi jeść słodycze, ale w taki niechlujny sposób, że gdy L sięga po nie do miski to bierze je garściami i większość ląduję na podłodze - nie wiem, może to ma głębsze znaczenie, może to jakiś symbol. Postać ma również kilka "agresywnych" momentów, gdzie podnosi głos i trzęsie stołem, bo przecież tak robi każdy opanowany człowiek, który przeszedł jakieś nadludzkie szkolenie. Biedny Lakeith stara się jak może, ale scenariusz mu nie pomaga. Osobiście uważam, że aktor poradziłby sobie o wiele lepiej, gdyby reżyseria filmu nie zmieniała się bezustannie i ktoś mógłby nim odpowiednio pokierować.

Podobny obraz

Film ma kilka ogromnych wad: jest głupi, jest maksymalnie niesatysfakcjonujący, do niczego nie prowadzi. Zacznijmy od pierwszej, bo wiążą się z nią najśmieszniejsze rzeczy, które nie pozwolą wam traktować tego na poważnie. Pamiętacie podstawowe zasady działania notatnika? Należy wpisać imię i nazwisko danej osoby jak i mieć przed oczami jej twarz - proste, prawda? Oczywiście scenariusz traktuje tę zasadę poważnie, bohaterowie nawet wyszukują nazwiska i zdjęcia przestępców etc. Ale jest cały wątek, w którym ta zasada nie istnieje; Light wpisuje do dziennika imię pewnej osoby i... I tylko imię, choć w zasadzie nie ma nawet pewności, czy to nie jest pseudonim. I wiecie co? Notatnik działa. Tak, Light wpisał po prostu "******" do notatnika i to działa. Albo sytuacja z początku filmu, gdzie Light zapoznaje się z zasadami działania notesu i na jednej ze stron zapisane jest, by nie ufać Ryukowi. Tak, imię Ryuka jest w dzienniku i jak widać... nie ma to znaczenia. Możemy spekulować, że osoba, która go tam wpisała nie miała przed oczami jego twarzy, ale biorąc pod uwagę jak głupi i nieprzemyślany jest ten film to raczej nie ma sensu jakkolwiek go bronić.

Okay, a teraz wróćmy na chwilę do tego, że ktoś ostrzegał przed Ryukiem, co mogłoby być fundamentem pod całkiem ciekawy wątek. Kto napisał ostrzeżenie, dlaczego? Jak potoczy się ten wątek? Spoiler: nie potoczy się, bo zaraz po tym scenariusz o nim całkowicie zapomina. Jasne, Ryuk tutaj zdecydowanie bardziej wtrąca się w to jak właściciel posługuje się notatnikiem (chociaż ponoć miał tylko patrzeć na przebieg wydarzeń i nie ingerować w nie, ale jak widać bóg śmierci zmiennym jest) i może o tym w tym wszystkim chodziło, ale nawet w takim wypadku zakończenie tego wszystkiego jest zupełnie niesatysfakcjonujące. Wciąż, Ryuk tutaj jest całkiem intrygujący i drzemie w nim niewykorzystany potencjał. Nawet jeśli ta postać jest maksymalnie niezdecydowana i scenariusz miota się pomiędzy dwoma pomysłami na nią ("ja tam się w to wolę nie wtrącać" i "cHODŹ, TROCHĘ NAMIESZAM W CAŁEJ TEJ FABULE, ŻEBY SPRAWIAĆ WRAŻENIE, ŻE COŚ SIĘ DZIEJE").

Znalezione obrazy dla zapytania Death Note netflix

Jeśli zastanawiacie się, czy ten film można obejrzeć, żeby się pośmiać to rozwieję wasze wątpliwości: nie warto. To jest film słaby, jednocześnie bardzo niezdecydowany i stanowiący kłębek wielu różnych pomysłów, z czego żaden z nich nie jest nawet w połowie satysfakcjonujący. Jasne, jest kilka scen, które był tak głupie, że zdarzyło mi się uśmiechnąć (pierwsze spotkanie Lighta z Ryukiem, którego porównanie z oryginałem lata gdzieś po internetach, zdecydowanie polecam), ale ten film nie jest wart obejrzenia, ot tak. Zakończenie jest tu w sumie jedyną ciekawą rzeczą (bo nikt nie wie co się dzieje, mamy tu uliczne wyścigi, futurystyczne pistolety i mnóstwo wrzasku); chodzi mi tu szczególnie o scenę z kołem młyńskim, które choć odrobinę wykorzystuje potencjał postaci Lighta i notatnik śmierci, ale samo zakończenie, te ostatnie sekundy filmu... Gdy pojawiły się napisy końcowe to po prostu siedziałam zastanawiając się, czy to już koniec. Czekałam nawet na scenę na napisach w nadziei, że może pojawi się coś jeszcze, ale nie. Nic takiego nie nastąpiło.

Powiedzmy, że ostatnie pięć minut filmu mnie wciągnęło i od tamtego momentu byłam gotowa na więcej, gdy tymczasem okazało się, że to koniec. I co? I nic. Kompletnie nic. Straciłam jakoś dwie godziny z życia na obejrzenie czegoś, co było maksymalnie nijakie. Toż to jest poziom niż od ekranizacji Mrocznej wieży, która przynajmniej była ciekawa i ładna wizualnie (wciąż słaba, bardzo mnie zawiódł ten film, ale tutaj było więcej elementów, które osobiście bardziej przypadły mi do gustu). Jeśli niespecjalnie interesujecie się Death Notem to raczej nie macie powodu, by obejrzeć ten film. Natomiast jeśli jesteście tym typem fana, który przerobił każdy serial, dramę, musical, anime, mangę i ogólnie każdy twór mający związek z tym tytułem to... proszę bardzo, dziwacy, bawcie się dobrze (swoją drogą jeśli ktoś, kto zna absolutnie każdą rzecz z tego uniwersum, czyta teraz ten wpis to gratuluję poświęcenia i wpadnięcia tak głęboko w to wszystko, ktoś taki musi być chyba specem w kwestii Notatnika Śmierci). 

Uważam, że netflixowy Death Note jest absolutnie nie warty czasu (i specjalnego wykupywania miesięcznego abonamentu, by go obejrzeć). Od kiedy go obejrzałam minął w zasadzie jedynie miesiąc, a ja ledwo ten film pamiętam. Wiem tylko, że potrzebowałam do niego kilku podejść, bo dosłownie usypiałam. Prócz tego w trakcie oglądania zdawałam relacje z poszczególnych scen na twitterze - to chyba najlepiej obrazu jak bardzo ten film porywa. Jeśli macie trochę wolnego czasu to zdecydowanie lepiej będzie go spożytkować na coś innego. Właśnie wyszedł cały drugi sezon My Hero Academia, więc na pewno to anime będzie lepszym wyborem niż ten film. Mówię to jako osoba, która od dłuższego czasu wypadła zupełnie z oglądania chińskich bajek, ale ta jedna podbiła jej serducho. Tak więc jest wiele możliwości, co do wykorzystania dwóch godzin życia - i większość z nich jest lepsza niż oglądanie tego filmu. Chociaż nie uważam, by był absolutnie zły; był maksymalnie słaby i pewnie za tydzień zupełnie o nim zapomnę, ale zapewnił on przynajmniej pierwszy wpis na blogu od czterech miesięcy (jestem leniwą bułą, lmao).

Podobny obraz
Ryuk się w tym filmie dobrze bawił, ja śmiałam się wraz z nim, ale nie tak bardzo, by ten film jakkolwiek wspominać.

Witam po czterech miesiącach ciszy. Nie zdziwię się jeśli ktoś pomyślał, że już nie żyję i zapomniał o tym blogu (surprise, dalej żyję (niestety)). Jak mogliście przeczytać; w trakcie ostatnich miesięcy wpadło mi się w My Hero Academia i powinniście to obejrzeć. Serio. Mam kilka problemów z tą serią, o czym chcę zrobić wpis, ale jednocześnie chcę też poczekać na mangę, na wyjście nieco dalej niż to co było w anime, by móc jeszcze poddać to głębszej analizie i może wtedy pojawi się tu jakaś notka. Może. Nie wiem. A w kwestii martwych blogasków i odpowiedzialnych blogerów niedających znaku życia przez cztery miesiące to Mysza żyje, wohoo. I po swoim długo wyczekiwanym powrocie dostarczyła więcej kontentu niż ja (po tej notce będziecie pewnie czekać kilka miesięcy na kolejną, bo nie umiem w bycie blogerem, sorry). Przy okazji; jeśli zdarzyło mi się w tej notce mieszać formy osobowe to... przyzwyczajcie się. Staram się zachować jakąś spójność, ale jestem na etapie, gdy po prostu tego nie zauważam. Potraktujcie to jako mój coming out. Z ważniejszych wieści: zmieniłem awatar, teraz to mój autoportret. Ten wpis miał się też pojawić przed moimi urodzinami, ale czwarty października już minął (więc nie umiem dotrzymywać wytyczonych przed siebie deadline'ów najwyraźniej). W każdym razie przerywam ciszę i nie ukrywam, że to nie jest recenzja, z której jestem dumny, ale dawno niczego w tym typie nie zdarzyło mi się pisać. Cztery ostatnie miesiące to był dla mnie powolny rozkład i dłubanie w opowiadaniach, nie oczekujcie po mnie zbyt wiele. To chyba tyle - żyję, jeszcze. Kiedyś pewnie coś tu jeszcze wstawię.

- Cheshire


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Pirat pod wpływem. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara - recenzja

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean 5
Koszmarne grafiki promocyjne? Check! 
Piraci z Karaibów to ówcześnie jedna z najbardziej owocnych marek Disneya. Sukces Piratów nie był jednak z góry przewidziano, bowiem pierwszy film powstał jedynie dzięki jednej z atrakcji w parku rozrywki. Jeśli ktoś obejrzał chociaż jeden film o piratach była to za pewne Klątwa Czarnej Perły, która z całej serii uważana jest za najlepszą część. Cóż, filmy z tego uniwersum nie należą do wybitnych, choć od 2003 roku z każdą częścią przynoszą studiu spory dochód, a co mniej wymagającym widzom sporą frajdę z oglądania. Niestety, przy okazji kręcenia coraz to nowych kontynuacji Piraci coraz więcej tracili, a więc gdy przyszło do Zemsty Salazara rosło sceptyczne nastawienie.

Bez Jacka Sparrowa nie ma filmu, więc nie dość, że powraca na scenę, to jeszcze skupia wokół siebie większość wątków, choć sam sprawia wrażenie bardzo niezdecydowanego jeśli chodzi o to, co sam w tym wszystkim robi. W gruncie rzeczy nic nie robi, ot potrzebujemy Jacka, bo jest twarzą marki. Ogólnie seria lubi powielać co gorsze rzeczy i z czasem pozbywać się tych lepszych, toteż pojawia się kolejny Turner, syn Willa Turnera - Henry. To właśnie jego poznajemy już na początku filmu, który jednocześnie zdradza, o co będzie się rozchodzić. Henry bowiem musi odszukać Jacka Sparrowa, by ten pomógł mu odnaleźć legendarny trójząb Posejdona, który to z kolei zdejmie klątwę z jego ojca. Jak przystało na godnego następce rodu Tunerów, chłopak przy okazji poznaje pannę, która również próbuje dociec położenia trójzębu, a ma możliwości, bowiem wytycza drogę dzięki gwiazdom. Carina (bo tak nazwa się owa dama, chociaż w filmie biorą ją za wiedźmę przez zainteresowanie nauką, co przewija się jako żart cały czas) to taka bardziej użyteczna Elizabeth Swan, ale wciąż brak w niej czegoś, co sprawiłoby, że dałoby się ją polubić. W tym wszystkim jest również rządny zemsty Salazar i Hector Barbossa, którego motywacje przez długi czas stoją pod znakiem zapytania, ale zawsze lepiej żeby Barbossa miał jakoś ratować cały film, niż gdyby miało go nie być wcale.

Podobny obraz
Pirackie życie, Hektorze. Tylko ty się tu trzymasz.
Ogólnie wszystko skupia się na poszukiwaniu trójzębu, ale tylko w teorii. Konstrukcja filmu jest tak bolesna, że przypomina zlepek przypadkowych śmiesznych scen. Pełno zbędnych gagów, nic nie wnoszących scen i zdecydowanie za dużo rumu. Dzieje się wszystko i nic, bo siedząc na sali kinowej czeka się na jakiś zwrot akcji, a film właściwie się kończy. Przez zamęt i chaos trudno mi właściwie poustawiać chronologicznie wydarzenia jakie miały miejsce w filmie, choć na tym etapie nie ma to chyba sensu. Mimo to największą bolączką filmu jest Jack, bo tym razem Johnny Deep nie odgrywa już nawet roli przygłupiego pirata (wszyscy pamiętamy jak Sparrow był interesujący w Czarnej Perle, bo był cwaniakiem udającym kretyna, a z każdą kolejną częścią ten urok z niego ulatywał, możemy teraz ostatecznie zapalić znicze), teraz gra rolę pijanego kapitana. Nawet w samym filmie poszczególni bohaterowie zwracają uwagę na fakt, że kapitan Jack się skończył. Nie byłoby to znowu takie złe, gdyby ten wątek stoczenia się pirackiej legendy jakoś pociągnąć, ale wolano zrobić z tego kolejny nieśmieszny element komediowy, a Sparrowa uczynić zupełnie odrzucającym.

Inne postacie są... niezbyt porywające. Młody Henry jest dość schematyczny, a Carina mimo starań również nie zachwyca. Bądźmy szczerzy, Salazar nie jest kimś kogo wcześniej nie widzieliśmy. W dodatku po raz kolejny spotykamy się z kimś, na kogo rzucona została klątwa. Nawet w czwartej części były morskie zombie. Twórcy starali się jakoś naprawić markę, ale jak zwykle nie wyszło. Starania widać, ale to wciąż jazda po utartych szlakach, a gdy pojawia się coś czego w Piratach wcześniej nie było, wtedy cóż, jest to źle nakreślone i wrzucone, bo na pewno się uda i będzie fajnie. Trzyma się tu tylko Barbossa, bo Geoffrey Rush w tej roli jest cudowny i stanowi najmocniejszy element całego tego chaosu. Inni aktorzy, cóż, o ile Johnny Depp gra już chyba parodię Jacka Sparrowa na autopilocie, tak Kaya Scodelario i Brenton Thwaites sprawdzają się nawet lepiej od swoich poprzedników (chociaż tamci też wysokiej poprzeczki nie ustawili). Javier Bardem mógłby wypaść lepiej, ponieważ jego bohater jest dość nijaki. Być może przez dialogi, które nie są zbyt wysokich lotów, ale jednak słaby ten antagonista.

Znalezione obrazy dla zapytania piraci z karaibów dead man tells no tales
A my mamy tylko udawać, że ich wątek to wcale nie romans. Jasne.
Nie dostajemy nic nowego, może trochę większe rozczarowanie niż zazwyczaj, bo zakończenie się absolutnie niesatysfakcjonujące. Jest kilka śmieszniejszych żartów, ale ile razy w kółko mamy się śmiać bo ,,sekstant" albo Jack jest głupi i wpadł w błoto. W kontekście do poprzednich części to Dead man tells no tales nieco psuje linię czasową i trochę tu niespójności względem innych filmów. Trzeba jedynie przyznać, że jest tu dużo ładnych kadrów i w ogóle film jest ładny. Ale wciąż niezbyt dobry. Niby jest lepiej niż poprzednio, bo tutaj piraci w końcu siedzą przez jakiś czas na statkach i jest nawet potyczka na wodzie, ale to nie to samo, co na początku Piratów.

Właściwie muszę się przyznać, bo ja bardzo lubię takie luźne, niezbyt zobowiązujące filmy o piratach. Mam takie zapotrzebowanie na piratów, że szukam ich w jakiejkolwiek formie, ale ci klasyczni, na morzu, w odpowiednich do czasu strojach mają już taki niepodważalny urok. Zawsze mam też takie wrażenie, że podobny świat jak w Piratach z Karaibów mógłby być dużo ciekawszy. Czasami próbowano go przecież urozmaicić, bo była mowa o kodeksie, o radzie. Tutaj dano nam taki dość sentymentalny fragment, a właściwie scenę będącą retrospekcją z młodym Jackiem Sparrowem. Wtedy jakoś jeszcze czuć przyjemny klimat, a gdy retrospekcja się kończy pozostaje już tylko żal. W całym filmie znalazłam jedynie trzy sceny mające potencjał wyewoluować w coś więcej, ale cóż, chyba ich rozwinięcie kłóciłoby się nieco z komediowym zamętem.

Znalezione obrazy dla zapytania pirates of the caribbean dead man tells no tales
Ja wymienię pijaka Sparrowa na tego tu, serio. 
To nie jest dobry film. W tym roku żaden inny film nie sprawił, że byłam tak zawiedziona, nie przez oczekiwania, ale przez sentyment i fakt, że naprawienie tego nie byłoby wcale aż tak trudne. Jak na razie gorzej od nowych Piratów wypadło chyba jedynie Ghost in the Shell. Naprawdę, seans kolejnych Szybkich i Wściekłych zapewnił mi więcej rozrywki. A więc pozostaje czekać, aż kiedyś dostanę jakiś dobry film o piratach. Czy to z Karaibów, czy też nie. Chyba jeszcze sobie poczekam.

- Cheshire

PS Przynajmniej motywu muzycznego jeszcze w tej serii nie uśmiercili =)

piątek, 26 maja 2017

Ważny wpis pełen żali, który kazali mi opublikować

Czyli znowu narzekam na życie i szkaluję KattLett, a nikt mi za to nie płaci. A w ogóle to tego postu miało nie być, ale najpierw opublikowałam jego zalążek, jedynie wśród swoich znajomych i znajomych znajomych (do czego i tak potrzebowałam namowy), a następnie reakcja ludzi skłoniła mnie do rozwinięcia wątku również tu. Bo wiecie, krążę sobie po internetach i od jakiegoś czasu obserwuję pewne zjawisko, które nazwałam symptomem KattLett. Oczywiście można tu podstawić inne nazwiska, np. pani Pawlikowskiej, która opowiada bzdury o wyjściu z depresji, AutoKasi tudzież Katarzyny Michalak, która chyba żyje w innym uniwersum, gdzie debiutancka książka nieznanej autorki na dwa tygodnie przed premierą podbija wszystkie sklepy internetowe. 

Ten kot już wie, że Lunatyk postanawia robić kolejne wpisy pod wpływem emocji, których jakości i słuszności nie jest pewien. 
A teraz pokrótce przedstawię ,,symptom złego artysty" przekopiowując to co napisałam zaledwie wczoraj, co wywołało jakąś dziwną reakcję ludzi, którzy uznali, że mądrzę prawię.

Symptom złego artysty polega na braniu się za trudny temat (psychologiczny, związany z tematami stricte wymagających zrozumienia i RISERCZU). Oczywiście autor nie zapoznaje się z jakimkolwiek źródłem, bądź nie trzyma się faktów i polega jedynie na własnym wyobrażeniu kierowanym jego arogancją. Częsta przypadłość - robienie z postaci psychopaty bez znajomości podobnej przypadłości, ewidentne próby pokazania, że bohater jest szalony, ale to na pewno nie jest choroba/da się uniknąć szpitala i hasać na wolności/trzeba zaakceptować fakt, że niebezpieczny dla wszystkich osobnik jest twoim przyjacielem (niekiedy nazywanie postaci psychopatą, choć nie posiada ona podobnych cech, a łatka psychopaty to jej jedyna cecha).

,,Nie mów mi co robić, jam sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem...", czyli stul pysk, autor wie lepiej. Na wszystko znajdzie wytłumaczenie, a gdy sensowne argumenty się skończą spławi cię czymś w rodzaju ,,spierdalaj, to ma tak być" tylko w mniej ofensywny sposób. Kolejny dowód, że recenzenci powinni wyginąć (może już powinnam robić za jakiś dawno wymarły wizerunek dinozaura niżeli utożsamiać się z kotami).


Najbardziej niewytłumaczalnym zjawiskiem jest to, że twórczość autorów z takim syndromem zyskuje fanów, choć te dzieła potrafią być szkodliwe (np. Grey, Exitus, książki Michalak, gdzie przedstawiane rzeczy N I E S Ą realne, choć czerpią z realnego świata i się na nim opierają). Dopisanie komuś narkopleksji i zmienienie jej pod fabułę jest obraźliwe, obraźliwe jest pisanie książek o depresji, gdzie główną radą jest odsunięcie antydepresantów. To szkodliwe. Nie nazywajmy ludzi psychopatami jeśli nimi nie są. Nie przypisujmy stereotypów do danych osobowości (nie każdy introwertyk jest nieśmiały).


Ogólnie rzeczy słabe potrafią być spoko. Rzeczy słabe nie muszą być przedmiotem hejtu i moich żali, które w sumie systematycznie wylewam, bo jestem blogerem i mam nawet całą stronę na wylewanie żali. Głównym problemem ofiar symptomu złego twórcy jest to, że pewne elementy tworzonego przez nie świata są obraźliwe dla innych. Postawcie się w miejscu osoby z depresją, która wyczytuje, że odstawienie antydepresantów to droga ku wyjściu z depresji. Nie chodzi o to, co ta osoba zrobi. Chodzi o to jak taka zakłamana informacja jest szkodliwa i obraźliwa dla takiej osoby, bo nagle okazuje się, że jej przypadłość wyleczy częstsze uśmiechanie się i słuchanie relaksującej muzyki (tak, uśmiechanie się pobudza jakieś tam komórki i wyzwala uczucie szczęścia, ale wciąż mówimy o depresji, przy której leczeniu stosuje się leki).

Artyści docierają niekiedy do większych grup odbiorców i dlatego ten research jest tak ważny. Bez niego w większości dzieł osoby z depresją byłyby ,,po prostu smutne", a odbiorcy danego utworu tak właśnie postrzegaliby te osoby w realnym życiu. Rzucanie terminologią bez większego pojęcia o tym to najgorsze, co autor może zrobić.


Sum Europejski nie tylko podziękował. Sum Europejski był skłonny do dyskusji na temat, który mnie również irytuje.
(tak, niektórzy znajomi mówią mi per ,,Wikuś")
Ogólnie chodzi o to, że wśród artystów panują takie mody na znane schematy, zazwyczaj słabe bądź krzywdzące. Bo jak psychopata to musi mieć kolorowe włosy i być  c r a z y . Och, ileż przykładów ze znienawidzonego wattpada mogłabym podać. I jasne, schematy i klisze są zazwyczaj słabe. Ale jestem przekonana, że takie twory mogą istnieć. Dopóki autorzy mają odrobinę rozsądku. Bo ostatnio zaczęło się robić bardzo niefajnie w środowisku tworów, ponieważ postacie inne niż heteroseksualne nagle mają za swoją jedyną cechę własną orientację. Wiążę się to oczywiście z nadużywaniem stereotypów i utrwalaniem ich. 


Zmierzam do tego, że nieważne czy ktoś robi komiksy dla siebie czy nie, dopóki je gdzieś publikuje powinien unikać pewnych rzeczy. Nie dlatego, że jakiś bloger i grupa odbiorców są oburzeni, ale dlatego, że nie od dziś wiadomo jak twórczość może wpływać na innych. Pewnie też trochę źle sformułowałam swoją opinię, ale ogólne postanowienie jest takie, że jak rzuca się terminologią w swoich dziełach to niech chociaż potem prowadzi się dany wątek konsekwentnie. Nie wiem, może to w zasadzie nie jest tak szkodliwe, a ja znowu jestem zazdrosnym bucem.

Na koniec kot, bo kotów nigdy za wiele.


Wpis zrealizowany dzięki miłym słówkom należącym do: Suma EuropejskiegoGlenna i Ellie, który kazał mi upublicznić zalążek całego postu. Może odezwą się w komentarzach i opiszą sytuację lepiej niż ja.

- Cheshire